24 sierpnia 2008

Kraków

tak, jak co roku pojechałem do Krakowa, by odwiedzić moją znajomą Monikę, która zawsze latem przylatuje z Irlandii i z utęsknieniem czeka na telefon i wiadomość kiedy przyjadę.
Tym razem wyjazd ten miał wspomóc moją psychikę, miał być wypoczynkiem i zarazem pierwszym spotkaniem z kwadratem w wykonaniu mojej jaski ( Yashica mat 124g )
Spotkanie z jaską było całkiem miłe choć nie bardzo wiedziałem gdzie się udać i co sfotografować, ale coś się udało, zaledwie 6 klatek, a ja cały czas zastanawiałem się jak można się wyżyć na 12 klatkowym negatywie, ale kolejny raz przekonałem się, że nie jest mi łatwo zapełnić taki materiał, może dlatego, że szukam w sobie do niego szacunku, a może dlatego, że coraz częściej po prostu nie mam ochoty robić zdjęć, a może po prostu nie jestem/będę fotografem? Brak mi tego oka by dostrzedz to coś czego ciągle szukam.
Tak wiem jakie zdjęcia chciałem robić i jakich już tak właściwie robić nie będę. Moje podejście do aktu z "moim szczęściem" było dla mnie bardzo miłym doświadczeniem. Pomijam tu już fakt iż w jej przypadku powiedzenie "każda kobieta jest piękna, ale nie zaszkodzi obrać tego piękna w coś seksownego" zupełnie do mnie nie trafiało. Może dlatego, że nie chciałem traktować jej jako obiekt seksualny, a po prostu podziwiać jej piękne ciało, bo uwielbiałem patrzeć na jej nagość. Po prostu sam akt mnie zaciekawił i to, że można pokazać naprawdę wiele tak naprawdę nie pokazując nic. Owszem zazdroszczę fotografom którzy mają modelki, które po prostu rozbierają się przed obiektywem, wiem, że Em na początku była nieco skrępowana i nie tyle mną, co obiektywem i tym że ktoś później zobaczy jedno ze zdjęć, ale po pewnym czasie przełamała swój lęk, choć nigdy nie poczuła się swobodnie, cóż jedna sesja to mało.
No ale miałem pisać na temat Krakowa. Ogólnie nie pomógł on mojej psychice w żaden sposób. Widać cudze szczęście raczej nie może nas doładowywać. Mnie po prostu przybiło i to że nie mogła poświecić mi tyle czasu co kiedyś na prowadzanie po mieście. Tak więc wyjazd do Krakowa mogę zaliczyć do najmniej udanych i owocnych wyjazdów ze wszystkich wizyt w Krakowie. Pomijam już fakt......nie mam sił pisać dalej

13 sierpnia 2008

czas napisać znów coś

tyle się działo, że jakoś nie miałem ochoty na pisanie, a i czasu znaleźć nie mogłem
po kolei

jaśka przyszła dość szybko, moja radość była wielka, bo w końcu wkroczę w ten zamknięty świat który nie jest dostępny dla większości normalnych pstrykaczy
jednak okazało się że moja radość trwać długo nie będzie, jaśka wymaga remontu, drobnego ale jednak. niby nic szczególnego, ale trzeba wymienić, a raczej wkleić nowe gąbki uszczelniające w klapie. do tego trzeba wyregulować migawkę, bo na czasach od 1/4 w cale pracować nie chce, pomijam kwestie że z pozostałymi czasami może tez nie być ciekawie. tak czy siak jaśka wczoraj pojechała ze mną do wawy i została u Pana ....... ( nie chce mi się szukać teraz papierka, ale została na grzybowskiej 5 ) ok no wszystko fajnie tylko trzeba jeszcze zapłacić 240 ziko. czasem żałuję że nie poczekałem troszkę bo niebawem pojawiła się mamiya c330 z wymienną optyką, jedyny taki aparat wśród tlr'ów. dodatkowo chyba miała komplet obiektywów, ale prawda jest taka iż nie wiadomo czy ona tak samo nie musiała by jechać na serwis. to są stare aparaty i czasem wymagają drobnych regulacji i smarowania. zawsze jednak pozostaje mi możliwość sprzedania jaśki, a mając papier z serwisu jej wartość nieco wzrośnie. ale czy ją sprzedam? nie sądzę, choćby dla tego że mi się podoba, choćby dla tego że w miedzy czasie czekając na wypłatę rozglądałem sie za jakimś senym lubitelem 166, za startem 66, tak by postawić na półce ( której notabene jeszcze nie ma ) obok moich zenitowych zbiorów.
wszystko było dobrze, ale pewien drobny niepotrzebny epizod związany z moim "szczęściem" którego tłumaczył nie będę. oderwanych parę dni i zwolnienie lekarskie na tydzień, a na tym się nie skończy. teraz naprawdę potrzebuję czasu, a ten czas który dostanę naprawdę mi się przyda.

w miedzy czasie, byłem z Tomkiem na rybkach, tak rybkach, bo udało się jedną jadalną płoć złapać, reszta to maluszki, z których 2 poleciały na żywca, gdyż Tomek, zauważył jakieś większe poruszenie i postanowił spróbować, a nóż widelec jakiś szczupak się załapie. ja sam wyciągnąłem kilka płotek, możne z 5, do tego zerwałem dwa zestawy przypon haczyk w zaroślach, jeden nawet z rybką, tez mała. ogólnie miło było, ale szkoda ze nic nie brało tak jak powinno.
cały czas dumamy kiedy by tu znów pojechać. mieliśmy jechać wczoraj razem z jego bratem, ale brat się rozmyślił, a ja wróciłem dość późno z wawy, a oni jednak pojechali, ale jedyne co łowili to butelki z piwem. dziś też raczej nie pojedziemy, bo jutro pojadę do wawy, wiec po nie przespanej nocy raczej będzie mi średnio jechać, ale zobaczymy, bo jednak mam ochotę, ale nie w weekend, kiedy jest pełno innych moczykijów, tylko żeby ryba brała.